Być może tym sposobem jest samodestrukcja.
-Wiesz...- Harry po raz pierwszy odzywa
się, odkąd siedzimy razem. - Czuję się stracony. W tym wszystkim. Czuję, że już więcej nie mogę osiągnąć, to koniec.
Mówię: „Nigdy nie czuj się
skończony”. Mówię: „Przestań być doskonały”. Mówię:
„Ewoluujmy”.
Harry patrzy się na mnie, i uśmiecha
się. I w tym momencie pęka mi serce, i zdaję sobie sprawę, że
nie mogę tu więcej przychodzić. Nie mogę, siedzieć obok niego,
patrzeć się na niego, i rozmawiać z nim, ze świadomością, że
nigdy nie będzie mój, że nigdy go nawet nie dotknę.
Więc następnego dnia nie przychodzę
nad staw, ani następnego. Ani żadnego kolejnego dnia mnie tam nie
ma. Odnalazłem wolność, którą daje utrata nadziei. Wszystko co
kiedykolwiek kochałeś, odrzuci cię, albo umrze. Ja temu
zapobiegłem, zapobiegłem odrzuceniu.
Codziennie na korytarzu szkolnym mijam
się z Potterem. Przez pierwsze trzy dni widziałem, jak szukał mnie
wzrokiem, gdziekolwiek nie byliśmy. Potem przestał.
Idąc teraz po Hogwarcie, wśród moich
znajomych Ślizgonów, widzę idącego z naprzeciwka, otoczonego
Gryfonami, Harrego. Złoty Chłopiec zatrzymuje się przede mną, z
zaciętą miną, a ja czekam na atak, ze świadomością, że
cokolwiek powie, będzie boleć, a ja nie będę umiał mu
odpowiedzieć. Mam już przed oczami obraz, gdzie stoję, z
zamkniętymi oczami, ulegając wszystkim obelgom.
-Dlaczego nie przychodzisz?! Pieprzony,
Ślizgon! Masz gówno a nie honor!-chwila ciszy- To była jedyna realna rzecz w
moim życiu, a Ty ją zniszczyłeś.- widać już grupkę gapiów,
czekających na bójkę. Widzę zdziwienie w oczach Gryfonów, oraz
czekających na znak, gotowych do walki moich Ślizgonów.
Blaise rzucił się do przodu, jednak
szybko go powstrzymałem.
-Zostaw go.- mówię, i odwracam wzrok
na Harrego, jednak uginam się pod spojrzeniem zielonych oczu, i
zaczynam patrzeć się na jego klatkę piersiową. Przez chwilę
ciszy słychać zatrzymywanie oddechów, przez gapi, czekających na
rozpętanie wojny pomiędzy dwoma domami. Wtedy Ja ostatkiem sił
spoglądam w te piękne zielone oczy i mówię;
-Przepraszam.
Dalej czuję piekący mnie policzek. Harry uderzył mnie, i odszedł. Zatrzymałem Ślizgonów przed
kontratakiem , i kazałem im wrócić do siebie. Może mnie
nienawidzi, i dobrze. Jednak Ja go kocham, tak w końcu umiem
przyznać się przed samym sobą, że go kocham, i nie pozwolę aby coś mu się stało. Choćby i za cenę mojego życia.
Po bezsennych nocach, człowiek nie ma
pojęcia co jest prawdą. Wszystko jest kopią kopii kopii. Chciałem
znowu zacząć spać więc postanowiłem naprawić swój błąd,
wytłumaczyć się, choćby miał mnie wyśmiać.
Idąc nad staw poczułem się tak jak
wcześniej, poczułem ulgę, i szczęście, że znowu go spotkam.
I był tam, siedział tam gdzie zawsze.
Podszedłem do niego od tyłu, i po chwili zastanowienia usiadłem.
Harry ze zdziwieniem odwrócił się w moja stronę, i wtedy ujrzałem
łzy w jego oczach. Już miałem się odezwać, gdy chłopak rzucił
się na mnie i mocno przytulił. Zrobił coś, o czym od czasu
kłótni, nie mogłem nawet marzyć. Również się do niego
przytuliłem, i pod wpływem emocji, z moich oczu poleciało kilka
kropel łez. Nie płakałem, to było tylko kilka zdradzieckich
kropelek.
-Nie mogę siedzieć tu sam. Dlaczego
mnie zostawiłeś? Proszę, czuje się jak śmieć, jakby ktoś
skorzystał ze mnie, a gdy już jestem niepotrzebny, wyrzucił. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego?
-Przepraszam, nie mogę Ci tego
powiedzieć. Pewnie znowu być mnie uderzył. Ale obiecuję, ze nigdy
już Cie nie zostawię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz